Najpopularniejsze wiadomości i informacje dla miasta Jastrzębie-Zdrój

Dwójka mieszkańców naszego miasta Ewa Frajhofer i Andrzej Rakowski na własnej skórze postanowili doświadczyć uroków magicznej Kuby, zwiedzając ją w dość nietypowy sposób – na rowerach.

 Ewa Frajhofer i Andrzej Rakowski z rowerami przed budynkiem z podobizną Che Guevary

Janusz Gniatkowski śpiewał o niej, że jest wyspą jak wulkan gorącą. Ernest Hemingway stracił dla niej głowę i poświęcił dwadzieścia twórczych lat. Przez wielu nazywana Perłą Karaibów – Kuba, kolebka salsy, wyspa o wielu obliczach... Dlaczego spośród tylu egzotycznych miejsc wybór padł właśnie na nią?

- To był wakacyjny kompromis pomiędzy mną i Andrzejem. Oboje lubimy aktywny wypoczynek. Łączy  nas również pasja jaką jest rower ale Andrzej kocha zwiedzać Polskę, a ja jestem ciekawa świata. Przeglądając wojaże innych natknęliśmy się na Kubę, która była młodzieńczym marzeniem Andrzeja.   W ten sposób połączyliśmy zwiedzanie z siodełka roweru z egzotyką i wylądowaliśmy na Kubie

- odpowiada pani Ewa.

Jazda na rowerze po tak zróżnicowanym terenie wymaga dużej dawki energii i doświadczenia. Jednak nasi bohaterowie nie musieli specjalnie długo przygotowywać się do tego wyjazdu. Obyło się bez zimowych treningów na trenażerach, stosowania specjalistycznych diet czy suplementacji. Kluczową rolę odgrywało doświadczenie panie Ewy i pana Andrzeja, a jest ono imponujące. Pokonanie trasy wzdłuż Bałtyku, od Gdańska do Świnoujścia. Przejechanie szlaku Orlich Gniazd (szlak jurajskich zamków i warowni obronnych przebiegających od Krakowa do Częstochowy).  Pani Ewa zmierzyła się samotnie z Szlakiem Św.  Jakuba w Portugali, podczas gdy pan Andrzej przygotowywał się do startu w maratonie Wisła 1200. W przypadku dwójki jastrzębian apetyty rośnie w miarę jedzenia.

- W 2020  roku chcieliśmy czegoś więcej i czegoś innego niż dotychczas więc … otworzyliśmy sezon rowerowy w marcu na Karaibach. Rowery wypożyczaliśmy na miejsc, na Kubie więc odpadł kłopot zabierania ich na pokład samolotu. Jedyne co dodatkowo zrobiliśmy to bagażnik z sakwami do zamontowania na sztycę by nie wozić ekwipunku w plecaku

– tłumaczy pani Ewa.

Problem rowerów był zatem załatwiony pozostało udać się w trasę po rajskiej wyspie. Nasi bohaterowie nie mieli jednak wyznaczonego reżimu jeśli chodzi o dzienny dystans. Jednego dnia przejeżdżali „tylko” 50km, kolejnego 90 km.

- Naszą przygodę rozpoczęliśmy od stolicy Kuby - Hawany, którą zwiedziliśmy już pierwszego dnia po przylocie. Poznaliśmy również takie miejscowości jak  Playa del Este, Pinar del Rio, Vinales, Cayo Justias , Puerto Esperanza , Playa Giron, Trynidad , Playa Ancon, Dolina Vale de los Ingenios

wylicza jastrzębianka 

Nasi bohaterowie nie do wszystkich miejsc mieli szanse dotrzeć na dwóch kółkach, była to świetna okazja do skorzystania z znanych na całym świecie kubańskich „krążowników szos”, które były równie charakterystyczne co „kubańskie rowery”.

- W ciągu całego pobytu na Kubie korzystaliśmy z wypożyczonych kubańskich rowerów, celowo podkreślam kubańskich, bo standard życia i pojazdów znacznie odbiega od naszych Polskich realiów. Trzeba było się cieszyć jeżeli rower miał mniej więcej sprawne hamulce i chociaż kilka działających przerzutek,  o czymś takim jak  uchwyt na bidon czy licznik rowerowy nawet nie śmieliśmy marzyć,  ale wiedzieliśmy na co się piszemy. Byliśmy do tego psychicznie przygotowani

– wyjaśnia pani Ewa.

Barwnych zderzeń z kubańską rzeczywistością było znacznie więcej i nie ograniczały się tylko do wysłużonych pojazdów.

- Zaskoczeniem było dla nas to, że w sklepie zawsze można było kupić rum, ale  bardzo rzadko można było kupić wodę czy sok. Czegoś takiego jak izotonik to nawet w stolicy nie znaleźliśmy

– śmieje się Pan Andrzej.

 

Również baza hotelowa podobnie jak asortyment sklepów jest jeszcze w powijakach. Nocowaliśmy więc w prywatnych kwaterach. Raz przez prawie dwa dni nie było prądu i właścicielka zapewniała nas, że to zapewne jakaś bardzo rzadko zdarzająca się u nich awaria zasilania, podczas gdy zamontowane w co którymś domku agregaty prądotwórcze sugerowały coś zupełnie innego. Wieczorne kąpiele przy oświetleniu z telefonu nie były odstępstwem od normy 

– dodaje Pani Ewa.

Kuba to nie tylko rum, cygara, odrestaurowane legendy światowej motoryzacji i niedogodności spowodowane jedynym „słusznym” ustrojem. Kuba to przede wszystkim jej otwarci, przyjaźni i ciekawi świata obywatele. Przekonali się również o tym mieszkańcy naszego miasta.

Kubańczycy są bardzo przyjaźni. Podczas jeden z naszych podróży spotkaliśmy chłopinę, który wypasał świnki. Po krótkiej rozmowie poczęstował nas tym, co miał – kokosami. Zrobił nam nawet szybki kurs ich otwierania tasakiem. Niechętnie, lub raczej nieśmiało przyjął od nas zapłatę, zaskoczyło mnie to, że wzruszył się tym gestem. Ta sytuacja uzmysłowiła nam, ze rzeczywiście jesteśmy w miejscach gdzie zwykli turyści nie docierają. Innym przykładem pozytywnego nastawienia do turystów była sytuacja, gdy w piekarni chcieliśmy kupić pieczywo, ale jako turyści nie mieliśmy kartek żywnościowych. Takimi kartkami dysponują tylko Kubańczycy, na szczęście dla nas sprzedawca wręczył nam pieczywo „spod lady”

– opowiada Pani Ewa. 

– Mnie z kolei utkwiła w pamięci sytuacja gdy któregoś dnia na wiosce, gdzieś na końcu świata złapałem gumę i zacząłem demontować koło. W mgnieniu oka  obok nas znalazło się mnóstwo dzieciaków, jedno z nich przybiegło z wiaderkiem z wodą, żeby sprawdzić, w którym miejscu dętka jest przebita. Kolejnych trzech przybiegło z pompkami, ale nie takimi jakie znamy i używamy na co dzień. To były urządzenia przypominające pompkę, których użycie wymagałoby dłuższego zastanowienia i to bez pewności czy na pewno działają 

dodaje pan Andrzej

Bez względu na pewnie mniejsze lub większe niedogodności na trasie to właśnie jej zakończenie okazało się najcięższym etapem.

- Powrót był najtrudniejszym momentem. Z jednej strony kończył się urlop i chciało się wracać domu,  ale  z drugiej strony wiedzieliśmy, że w Europie już szaleje koronawirus  i  wracamy do innego, zmienionego w jakimś stopniu  na zawsze pandemią świata

– podkreśla pani Ewa.

Rowerowa przygoda na rajskiej wyspie zakończona, jakie następne rowerowe cele stawiają sobie mieszkańcy naszego miasta?

- Mimo zawieszenia wielu zawodów sportowych, chcemy w tym roku pojeździć na pomorzu i przejechać rowerami z Gdańska do Jastrzębia. Oczywiście odkąd można rekreacyjnie uprawiać sport można nas spotkać na dwóch kółkach w okolicy. Dzięki koszulkom z elementami miasta jesteśmy kojarzeni przez wiele osób, nie tylko tutaj na miejscu, ale nawet na Kubie podeszli do nas państwo z Raciborza przywitać się tak „po sąsiedzku”. Bez względu  na to jak zostanie zmodyfikowany tegoroczny kalendarz imprez rowerowych my nie zamierzamy odpuszczać więc … do zobaczenia na dwóch kółkach!

 

 

 Ewa Frajhofer i Andrzej Rakowski odpoczywający na trawie
 Ewa Frajhofer i Andrzej Rakowski na rowerach. W tle kubańska wioska
Zdjęcie z kubańskiej wioski. W centrum dwoje dzieci, którym Andrzej Rakowski pokazuje gadżety
 Ewa Frajhofer i Andrzej Rakowski z rowerami przed budynkiem z podobizną Che Guevary
 Ewa Frajhofer i Andrzej Rakowski odpoczywający na trawie
 Ewa Frajhofer i Andrzej Rakowski na rowerach. W tle kubańska wioska
Zdjęcie z kubańskiej wioski. W centrum dwoje dzieci, którym Andrzej Rakowski pokazuje gadżety
 Ewa Frajhofer i Andrzej Rakowski z rowerami przed budynkiem z podobizną Che Guevary